Category Archives: W MAŁYM MIASTECZKU

Moje 5- letnie dziecko zostanie w przedszkolu. Do zerówki pójdzie rok później.

Od listopada poprzedniego roku byłam rozdarta wewnętrznie tym, gdzie we wrześniu powędruje moja wówczas 5- letnia córka. Jasne było w sumie, że do zerówki. Dla mojej córki też było to jasne, ponieważ zapewne w przedszkolu też ją o tym zapewniano. Nie chciałam wyprowadzać jej z błędu, chociaż….

Natalia chodzi do przedszkola od 2,5 roku! Najpierw była to grupa popołudniowa 3-godzinna kilku osobowa. W kolejnym semestrze zimowym pospacerowała do 3-latków. W czerwcu nareszcie skończy 4-latki. Nie byłoby w tym nic dziwnego w większym mieście.

W naszym miasteczku jest tylko jedna grupa przedszkolna! I do jednej grupy przedszkolnej moja córka chodzi od skończenia 3 lat. Grupa łączy dzieci od lat 3 do 4. Od września będzie łączyła również 5-latki, czyli moją córkę również.

20151126_100729

W naszym zespole szkolno-przedszkolnym mamy dwie zerówki, chodzą do niej rocznikowo 6-latki. Większość rodziców „zerówkowiczów” orzekło chórem, że dzieci od września do I klasy nie pójdą.

Chciałabym, chciałabym bardzo, by moje dziecko od września poszło do zerówki (nawet na dwa lata), ale jeżeli ma być do zerówka rzekłabym eksperymentalna, bo dyrekcja wymiesza dzieci nowe 5-letnie, 6-latki, które już do klasy „0” chodziły i być może do tego odroczone 7-latki- to ja jako rodzic i nauczyciel rzecz jasna podziękuję za taką zabawę.

Wolę 3 roczniki w przedszkolu, wolę aby moje dziecko uczyło się przez zabawę, niż próbowało za wszelką cenę nadążyć w zerówce za dziećmi, które cyferki, literki znają. Wolę, aby miała równy start w szkole z własnym rocznikiem, niż gonienie z materiałem, bo tak… bo Tomek/Olek czy inny Karolek już to umie.

20150907_144527

W związku z wycofaniem 6-latków ze szkół rząd zamierza zmienić podstawę programową dla klas I-III, zamierza również wprowadzić z powrotem naukę czytania i pisania w zerówce. Zamierza również namieszać konkretnie w oświacie. Najpierw zrobiła to Platforma Obywatelska, teraz Prawo i Sprawiedliwość dokończy dzieło poprzedników.

Nie wyobrażam sobie tego, że moja córka idzie na dwa lata do zerówki, w jednym roku nie uczy się czytać i pisać, w drugim roku już tak. Albo pierwszy rok w zerówce nie uczy się czytania i pisania, idzie do I klasy i okazuje się, że dzieci rocznikowo starsze już umiejętność tą mają opanowaną, bo ktoś znów gdzieś ustawę sobie zmienił.

20160205_130944.jpg

Nie chcę, aby moje dziecko było królikiem doświadczalnym. Wolę (w sumie nie mam wyboru), aby została jeszcze rok w przedszkolu, aby ten cyrk z deka się ustabilizował. Ja się dostosuję. Pomogę mojemu dziecku. Wprowadzę jak najłagodniej w świat szkolnych murów, tym bardziej, że jestem nauczycielem edukacji wczesnoszkolnej.

Wiem, że ze mną moje dziecko sobie poradzi, szlaczki przecież może rysować w domu pod okiem nauczyciela 😉 (własnego, prywatnego 🙂 Jak będzie mocno chciała nauczę ją literek i czytania. Czemu nie 🙂 Do szkoły pójdzie jako pewna siebie 7-latka!

NAJPIERW POKOCHAJ MOJĄ MAMĘ, później mnie..

Będzie to historia o miłości, którą potrafi zabić nadopiekuńcza teściowa. O pępowinie, która już dawno powinna zostać przecięta pomiędzy nią a synem. O synu, który pomimo utraconej miłości ślepo podąża za swoją matką…

Najpierw pokochaj moją mamę, później mnie..

Autor zdjęcia/źródło: Photl.com

Ona, lat 22, szatynka, nie za ładna, nie za brzydka, taka w sam raz. Wierząca, praktykująca katoliczka. Skończyła zawodówkę. Uczy się w liceum uzupełniającym. Troszkę pracowała, w międzyczasie poznała jego. Nadal mieszkała z rodzicami pod jednym dachem. Pochodzi z rodziny wielodzietnej, bardzo zaradna.

On, lat 26, brunet, lubiący imprezki i dziewczyny. Skończył zawodówkę, nie pracował, na rencie. Mieszkający wspólnie z rodzicami i chorującym, starszym dziadkiem.

Byli ze sobą zanim nie stanęli na ślubnym kobiercu ponad 4 lata, ale nie mieszkali ze sobą, bo tego nie życzyła sobie mama chłopaka. Widywali się w weekendy po 2, 3 godzinki. Nie mieszkali daleko od siebie – dzieliło ich 30 kilometrów. Ona mieszkała w małym miasteczku, on w większym mieście.

Rodzice chłopaka założyli rodzinny biznes, na początku ciężko jest rozkręcić to, co dopiero się zaczęło, a więc syn im pomagał i pracował razem z nimi. Gdy firma zaczęła dobrze prosperować i osiągnęła pożądane zyski, zbudowali duży dom na peryferiach miasta. Rodzice chłopaka dbając o jego przyszłość zrobili jemu i jego przyszłej małżonce mieszkanie na poddaszu. Oni zaś zamieszkali na dole domu.

ZARĘCZYNY – Nadszedł dzień, kiedy chłopak postanowił oświadczyć się wybrance swojego serca. On pojechał do jej rodziców i zaprosił ich oraz dziewczynę na uroczystą kolację. Na owej kolacji oświadczył się jej. Ona bez wahania zgodziła się, w końcu go kochała, każda zakochana dziewczyna marzy, aby stanąć na ślubnym kobiercu w pięknej, białej sukni.

Po zaręczynach i poznaniu się obu rodzin młodzi wspólnie udali się do księdza w jej rodzinnym miasteczku, aby porozmawiać o ślubie i odbyć nauki przedmałżeńskie.

Zaczęły się gorące przygotowania do ślubu i wesela, lecz ślub w pierwszym terminie nie odbył się. Dziewczyna miała wątpliwości, postanowiła poczekać jeszcze rok. W tym czasie jedni rodzice przyjeżdżali z wizytą do drugich. Spotykali się na rodzinnych uroczystościach, świętowali nawet razem imieniny.

Po roku dziewczyna nadal miała wątpliwości, lecz wybranek serca przyjeżdżał, namawiał, mówił, że kocha. Był jeszcze drugi termin ślubu na czerwiec, ale ostatecznie odbył się 6 sierpnia. Rodzice pary zorganizowali wielkie wesele na ponad 150 osób. Suknia ślubna wypożyczona za 1500 zł, najlepszy zespół, sala weselna, kamerzysta, fotograf.

Po ślubie świeżo upieczona żona zamieszkała w domu męża. Czekało na nich trzypokojowe mieszkanie z kuchnią i łazienką na poddaszu domu. Wymarzony start w dorosłe życie. Dziewczyna szybko zaczęła nazywać teściów swoimi rodzicami, natomiast jej rodzice byli bardzo zadowoleni, że wydali córkę za mąż w tak „dobre ręce”.

Dziewczyna zaczęła poszukiwania pracy w nowym mieście, niczego nie znała. Zaprosiła znajomych, aby pokazać im swoje nowe gniazdko. Pokazywała wspólnie z mężem film oraz zdjęcia z pięknego ślubu oraz wesela. Na każdym kroku powtarzali jak bardzo są ze sobą szczęśliwi.

Po miesiącu wspólnej sielanki teściowa znalazła pracę dla syna. Dodatkowo nadal musiał pomagać w rodzinnej firmie. Żona natomiast miała szukać pracy oraz zajmować się domem. Na co dzień sprzątała, robiła zakupy – na zakupy dostawała listę od teściowej, co ma kupić. Dostawała solidnie wyliczone pieniądze na ten cel. Nie mogła ich wydać dla siebie na ciuch lub kosmetyki. Na swoje „zachcianki” miała sama zarobić. Gdy poprosiła męża w weekend aby pomógł jej wytrzeć kurze, a ona w tym czasie odkurzy pokoje, za chwilę z pretensją przybiegała teściowa. Przecież mąż na co dzień ciężko pracuje. Ona w domu „nic nie robi”. Mężowi po jakimś czasie przestały smakować obiady żony. Teściowa zaraz wpadała na kontrolę i ustalała, co i jak dla jej syna powinna gotować. Następnie doszła jej opieka nad starszym, schorowanym dziadkiem, gdy reszta domowników była w pracy. Zmieniała mu pieluchy i karmiła. W nagrodę mogła sobie „zarobić”, sprzątając mieszkanie teściowej na parterze domu. Teściowa siedziała na kanapie i uważnie patrzyła, czy synowa dobrze wykonuje swoją pracę. Założyła nawet specjalny zeszyt, aby później ją rozliczać.

Po 3 miesiącach wspólnego życia teściowa zaczęła ingerować w każdy aspekt wspólnego życia młodych. Dziewczyna pragnęła dziecka, ale mąż stwierdził, że jeszcze nie jest na tyle odpowiedzialna, aby zostać matką. Chciała zamieszkać z nim oddzielnie na stancji, wyprowadzić się- ale mąż powiedział, że nie wystarczy im pieniędzy. Zaproponowała, aby zamieszkali u jej rodziców- również się nie zgodził. Powiedział, że nigdy nie wyprowadzi się od mamy.

Po pół roku uciekła, wróciła do rodzinnego miasteczka, po kilku dniach przyjechała tylko po swoje rzeczy. Teściowa pieniądze z kopert z wesela miała na swoim koncie. Zapowiedziała synowej, że odzyska swoją połowę, gdy się wymelduje. Tak też uczyniła, mąż stwierdził, że „nie chce z nią być”.

Obecnie pieniądze z wesela przeznacza na rozprawy rozwodowe, ponieważ mąż i teściowa chcą za wszelką cenę udowodnić jej winę.

Dziewczyna wygrała sprawę rozwodową, założyła nową rodzinę, jest szczęśliwą mamą małej Zosi.

*Artykuł opublikowany 03.02.2012 roku na portalu familie.pl- Najpierw pokochaj moją mamę, później mnie, ostatnie zdanie dzisiejsze 😉 Niektóre dane i imię córeczki zmienione na potrzeby artykułu.

*Zapraszam również do artykułu z tej samej kategorii: Obca synowa.

ŻYCIE W MAŁYM MIASTECZKU- "PRZYJEDŹ DO MNIE!"- CZĘŚĆ II

O, będziesz jutro w Bartoszycach? Zajedź do mnie! Mieszkam w Sępopolu, w niewielkiej miejscowości oddalonej od Bartoszyc (miasta powiatowego) o 18 km. W Bartoszycach mam siostrę, dziadków. W samym mieście lub okolicach mam kilka znajomych bardzo dobrych koleżanek- każda z nich raz na jakiś czas wypowiada przez telefon magiczne zdanie: „Zajedź do mnie”. 

Samochód już jest prawie do mnie przyszyty, do tego stopnia, że kluczy z kieszeni płaszcza nie wyjmuję wcale. Nie wyobrażam sobie bez niego życia, mobilność ma swoją cenę- a ja z niej korzystam. Lekarz, zakupy, załatwienie sprawy- wsiadam, jadę. I może dlatego większość bliskich mi osób postrzega mnie pod kątem tej mobilności. W moim miasteczku, na miejscu koleżanek nie mam- nie mówię tu o znajomych mamach, z którymi tylko jestem na „cześć”- bo znamy się po prostu… z widzenia, bo nasze dzieci razem chodzą do przedszkola. Tyle.

Więc, aby skorzystać z zaproszenia którejś z wymienionych wyżej osób muszę wsiąść w samochód i jechać. Tylko nie lubię jeździć jak nie muszę. Benzyna kosztuje. Samochód na wodę nie jeździ. Niestety. „Ale dawno już u mnie nie byłaś”- słyszę z drugiej strony telefonu. Tylko Wy u mnie byłyście/byliście raz lub wcale lub podczas specjalnych okazji…. A oczekujecie ode mnie, że rzucę wszystko, zapakuję dwójkę dzieci na plecy i heja. Najlepiej do każdego po kolei! Dnia mi nie starczy, aby każdego odwiedzić.

10345548_367316506781659_9027705702497216846_n

Przez 3 lata mieszkania 18 km od miasta wypracowałam sobie kompromis dotyczący odwiedzania znajomych. Robię to przy okazji załatwiania różnych spraw zazwyczaj. Jadę na zakupy- przy okazji kogoś odwiedzę- po prostu.

Uwaga prezentuję typowe wyjście gdziekolwiek z dwójką małych dzieci (różnica 2,5 roku).

– Ubieranie się-

Wyjście z domu oznacza pół godziny: ubierania, szamotania, krzyków, jęczenia, płakania, szarpania się z: butami, kluczami, psem, bo chce między nogami z mieszkania uciec i łapanie w między czasie wszystkiego, co zapomniałam, a co nagle mi się przypomniało, śmieci na przykład).  

Jak ubieram tą moją prawie 4- letnią dziewczynę (to znaczy sama się ubiera (ale mama pomóż) i tego mojego drącego się w wniebogłosy roczniaka, sama się zdążę spocić jak idź stąd i nie wracaj. Sama się już „doubieram” na klatce schodowej w locie. Schodzę pierwsza po schodach tyłem trzymając Tomka na rękach asekurując starszą (że gdyby spadła to złapię- akurat 😉 )

– Wejście do samochodu.

Klatka schodowa minięta, pies w domu szczeka. Czyli jest ok. Najpierw pakuję tego młodszego w fotelik. Gdy tylko zapinam pas zaczyna się aria darcia jak zwykle zresztą. Znów drugi raz się pocę przy zapinaniu starszej, bo mały nadal się drze.

Jazda samochodem zazwyczaj przemija bez większych atrakcji, no chyba, że młody pół drogi się drze, ale z wiekiem mu pomału przechodzi. Zazwyczaj na szczęście śpi.

Wejście do kogoś znajomego bądź do zwykłej Biedronki. Budzenie dzieci.

Moje dzieci tak mają, a najczęściej to młodsze, że 3 minuty jazdy i śpi. Starsza zasypia po ok 15 minutach. Czyli zasypia, a ja za 5 minut parkuje samochód. No i trzeba budzić…. Najpierw z samochodu wyciągam starszą- biorę za rękę i przemieszczamy się na drugą stronę samochodu po młodszego śpiącego. Starszą za rękę, młodszego na ręce, torebka, czasem jeszcze inne dodatkowe tobołki i lecimy.

Powrót wygląda podobnie, z tym, że młody gorzej się drze. 

Znów na nowo ubieranie dzieci, wkładanie do fotelików (to jest chyba moje przekleństwo!)

2 miesiące temu przyjaciółka zapytała, widząc u siebie moje jęcząco- płaczące towarzystwo, jak ja to robię, że ubieram się i żadne się nie zgrzeje.

Na początku zawsze ubieram starszą. Z nią  jest prościej. Jak ubiorę najpierw młodszego i zabieram się za starszą, to młodszy się drze, więc trzeba odwrotnie. Więc ją zawsze ubieram do spodni i do bluzy i wtedy małego od dołu do samej góry- czyli od pampersa po samą czapkę. Małego drącego sadzam i w tym czasie szybko starszej pakuje buty na nogi (chociaż w tym czasie zawsze każe jej je założyć- trudna sprawa), kurtkę i czapkę. Mam gotowe towarzystwo do drogi. Wychodzę z mieszkania.

Wyszłam z mieszkania. Zimno. Mnie zimno, chwytam z wieszaka płaszcz, czapkę, szalik i wszystko ubieram już na klatce podtrzymując kolanem małego, aby nie spadł. I jakoś to idzie.

Dlatego na samą myśl wyjścia gdzieś z dwójką dzieci płakać mi się chce. Nie dlatego, że nie chcę jechać, że nie chcę kogoś odwiedzić. Do siostry np muszę wdrapać się na III piętro z dziećmi. Na III piętro!!! Jak wiem, że mogę liczyć u kogoś na dłuższy pobyt- typu kawa, ciasteczka, dzieciaki się pobawią, fajne pogaduchy, relaks,  czasem obiad (obiad najczęściej u dziadków) to jadę chętnie. Ale jak mam jechać na godzinę czasu! Godzinę! A samo wyjazd i przyjazd mi tyle wychodzi- to ja dziękuję bardzo. Wolę posiedzieć spokojnie w domu. Lub wyjść na spacer. Szybciej małego wsadzę w wózek i przyjemniej. Ot co!

Zapraszam do siebie!

P.S. CHYBA TO WYDRUKUJĘ I WYŚLĘ DO ZNAJOMYCH 🙂